Ubuntu 9.10 coraz bliżej…
Właśnie skończyłem lekturę wpisu Dlaczego Ubuntu tak NIE wygląda? na jednym z blogów Adriana Nowaka, z czołówki moich ulubionych bloggerów. Tym razem wyjątkowo muszę przyznać, że się z nim nie zgadzam
Nie zgadzam się do tego stopnia, że nie chciałem zostawiać pod jego artykułem komentarza, bo byłby negatywnie nacechowany, nazbyt rozwlekły i trochę nie na temat, a jako, że trochę ostatnio zapuściłem główny blog, przyda się coś nowego.
Wygląd systemu operacyjnego
Czy to takie ważne? Obecność jakiegoś ładnego zegarka albo widoczków w małej ramce (screen po lewej) jest taka istotna? Żeby pochwalić się, Compiz chyba wystarczy (screen po prawej).


Pamiętam czasy, kiedy pracowałem na Debianie z KDE 3.5. Nie było to znowu tak dawno temu. Byłem bardzo zadowolony. Pulpit wyglądał schludnie, mogłem pracować wydajnie nie będąc rozpraszany żadnymi animowanymi zegarkami i innymi widgetami na pulpicie.
Wtedy pojawiło się nowe KDE… Opcji było kilka – m.in. iść wraz z nurtem – a nurt był niezwykle rwący, bo programiści postawili całe środowisko KDE do góry nogami. Można było też ustawić na sztywno piny tak, aby KDE się nam nie aktualizowało… Też mi to jakoś nie specjalnie pasowało…
Jako, że o Ubuntu mówiło się coraz głośniej – zdecydowałem się na wykorzystanie duetu Ubuntu z domyślnym środowiskiem Gnome. Temat graficzny od Ubuntu odpowiada mi wystarczająco, żebym nie potrzebował przy nim cokolwiek robić.

Z tuningu wyglądu który stosuje przy konfiguracji swojego konta:
- skróty klawiszowe pulpitu, programów i gnome-terminala
- wrzucenie ikon kilku aplikacji na górną belkę
- dodanie monitora systemu dla wszystkich zasobów na górną belkę
- ustawienia Compiza
Szczytową funkcjonalnością której używam jest zoomowanie obrazu za pomocą Compiza (Win+Scroll Up/Dn myszką lub Win+[1,2,3]) oraz malowanie ogniem (Win+Shift+lewy klawisz myszy
).
Uważam, że nie potrzebujemy do szczęścia widgetów ani menu w stylu Mac’a.
Na co panowie z Ubuntu powinni położyć nacisk?
Na swoje korzenie. Mój kolega, który stara się szerokim łukiem obchodzić wszystkie dystrybucje inne niż Slackware
bardzo słusznie wytknął Ubuntu jego największą wadę – Ubuntu jest forkiem _GNU_ Debiana. Działając w oparciu o GNU, Debian zawsze był wolny od oprogramowania zamkniętego. Wszystkie pakiety, których licencja nie stanowi o ich otwartości trafiają do zagrody non-free i nie są domyślnie instalowane w systemie. Póki co – z tą polityką się zgadzam.
Kiedy oprogramowanie tak kluczowe jak Java czy OpenSSL ma zamkniętą licencję, a GNU Debian unika takiego oprogramowania to co się dzieje? Developerzy mają dwa wyjścia – albo uznają, że użytkownicy i tak zainstalują to oprogramowanie, albo poszukają otwartych alternatyw. Takie alternatywy są… naturalnie… problem w tym, że nie są tak stabilne, jak się tego od nich oczekuje…
A tym czasem maintainerzy paczek Debiana…
Debian może poszczycić się ogromną ilością paczek. Praktycznie każde oprogramowanie na licencji GPL można znaleźć w gotowej do instalacji paczce .deb. Aby przygotować taką paczkę, osoba, która się nią zajmuje, tzw. maintainer musi ustalić jak ma być kompilowana i z jakimi bibliotekami linkowana. Jeśli zlinkuje z oprogramowaniem non-free, zacznie się na grupie dyskusyjnej dyskusja. Zaczną się naciski, zacznie się wymienianie oprogramowania zgodnego z GNU… Więc maintainer przygotuje paczkę zgodną z GNU.
Większość paczek da się przygotować tak, aby były w pełni funkcjonalne… Niestety, pomimo otwarcia Javy, wiele paczek jest nadal linkowanych z gcj – co sprawia, że np. programistyczne IDE dla Javy, Eclipse, nie da się uruchomić z domyślnej paczki… Trzeba sobie Eclipse’a pobrać ze strony projektu.
Podobnie jeśli chodzi o SSL – zamiast standardowego OpenSSL’a, w paczkach Debiana które wymagają tej funkcjonalności – wykorzystuje się GnuTLS. Jeśli ktoś chciałby w Ubuntu uruchomić OpenLDAP’a bazując o domyślną paczkę (na bazie tej z Debiana), powinien zdawać sobie sprawę, jak wiele złego mówi się o potencjalnych dziurach w GnuTLS. Z moich własnych doświadczeń – obsługa SSL wymaga wyłączenia sprawdzania poprawności certyfikatów… Dlatego – w Debian/Ubuntu OpenLDAP’a należy sobie przekompilować ręcznie, linkując z OpenSSL’em, jeśli myśli się poważnie o bezpieczeństwie.
Takich kwiatków jest więcej. Miałem okazję nawet jakiś czas temu rozmawiać na kanale IRCowym z developerami Ubuntu, ale dostałem tą odpowiedź której się spodziewałem – brak odpowiedniej ilości rąk do pracy. Gdyby nacisk był kładziony nie na wygląd, a na poprawę takich właśnie problemów – byłoby znacznie lepiej, a i może rąk by starczyło. Bo przecież zarówno Gnome jak i Compiz są rozwijane przez społeczeństwo, a nie maintainerów Ubuntu.
Podsumowując
Czy ekipa Ubuntu zdąży dopiąć wszystko na ostatni guzik w 9.10? Nie zdąży i jestem tego pewien. Niektóre rzeczy nie będą ze sobą tak grać, jak będziemy tego oczekiwać. Już kilka razy zdarzało mi się żałować bo za wcześnie przeszedłem na „stabilną” nową wersję…
Cóż – przez pierwsze pół roku nowe Ubuntu będzie czymś w stylu bleeding edge + unstable z Debiana i na to się radzę wszystkim przygotować
) Dlatego moja rada – nie śpieszmy się z aktualizacją oraz czytajmy known issues w opisie nowego release’u.
Miejmy nadzieję, że po wydaniu Ubuntu 9.10, Mark Shuttleworth pozwoli swoim ludziom oderwać ręce od myślenia nad nowym wyglądem, tak aby mieli możliwość szybkiego naprawienia niedoróbek
Nawiązując jeszcze do KDE… Najnowsze coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Jest mniej krzykliwe i wydaje się mieć wszystko na miejscu:

Screen, jak wszystkie inne w tym wpisie – zapożyczone skądś z odchłani Internetu… mam nadzieję, że żaden nie przedstawia Windowsa
